środa, 7 lutego 2018

jak przetrwać maturę? #2 - przydatne aplikacje

Niedawno rozpocząłem temat matury i chcę go pociągnąć.
Nie będę ukrywać, że jest to ważny okres mojego życia, no i dosyć czasochłonny,co cóż. Życie.
O tym czym jest matura (dla mnie) mówiłem tutaj. Więc zapraszam serdecznie.




poniedziałek, 5 lutego 2018

przeszłość ukryta jest w teraźniejszości

Jakiś czas temu jadąc autobusem próbowałem dojść do tego czym jest życie.
Ot taka moja daily routine. Nic niezwykłego.
Normalka.
Była to bardziej kontynuacja rozmyśleń, niż zupełnie nowa teoria.
W końcu doszedłem do pewnej tezy, której kurczowo trzymam się do dziś.

piątek, 2 lutego 2018

wszystko jest tymczasowe

Wszystko jest tymczasowe.
Taką tezę postawiłem mające 15, może 16 lat. Pewnie bliżej 16, niż 15, ale wciąż. No i wtedy byłem zachwycony taką ideą.
No przecież. Wszystko się zmienia. Cały czas. Trendy, moda, politycy i gwiazdy. My się zmieniamy i świat się zmienia. Wszystko pędzie przed siebie i jest w nieustannych ruchu. Wszystko jest na chwile.
Taka myśl doprowadziła mnie do 2 refleksji.



czwartek, 1 lutego 2018

jak przetrwać maturę? #1

Matura

jedni mówią, że to totalna bzdura, inni, że przełomowy moment w twoim życiu, a jeszcze ktoś, że matura jest kluczem do sukcesu.
Ustalmy pewne;
1) ile głów tyle opinii
2) matura jest dosyć ważnym wydarzeniem w życiu (biorąc pod uwagę to ile osób o niej mówi i, że nawet jej przeciwnicy nie mogą bez niej żyć -> nie ma wątpliwości)


wtorek, 19 grudnia 2017

Gwiezdne Wojny; Ostatni Jedi

Fanem Gwiezdnych Wojen to ja na pewno nie jestem (ani filmów wgl) o moim marnym zainteresowaniu tą częścią popkultury doskonale świadczy fakt, że musiałem sprawdzić jak pisze się słowo Jedi zanim wpisałem, ALE film obejrzałem i o dziwo całkiem zainteresowałem się cyklem.

Jeśli jakaś zabłąkana dusza szuka rzetelnej recenzji VIII (?) części cyklu to niech poszuka jej w innym zakątku Internetu, bo ; a) nie znam się na wojnach b) nie znam się na filmach wgl, ale jako szanujący się użytkownik sieci komputerów połączonych ze sobą magiczną siłą (serio trudno znaleźć synonim słowa Internet) wypowiem się, bo tak.

Ale zanim przejdę do Ostatniego Jedi podkreślę mój stan wiedzy przed filmem (chociaż teraz nie jest wcale lepiej) o GW;
Luke jestem twoim ojcem, Leia ma dziwną fryzurę, Yoda wygląda jak kosmiczna chihuahua
tyle.
No może jeszcze wiedziałem coś o tych świecących się mieczach.

Czy film mi się podobał?
 O dziwo tak. Byłem pewny, że na seansie się zanudzę, tym bardziej, że nie wiedziałem kto jest kim, całkowicie nie ogarniałem sytuacji politycznej, ani społecznej w odległej galaktyce, ani nawet nie byłem świadomy co działo się w poprzednich częściach.
Bardzo pomocne, dla mnie, były retrospekcje, które pojawiały się dosyć często, chociaż dla prawdziwych fanów mogły być trochę nużące i muszę przyznać, że nie potrzebne. Kto normalny chodzi na na VIII epizod serii nie znając poprzednich? Pff

Bardzo zaskoczyła mnie humorystyczna część filmu. Serio. Nie miałem pojęcia, że Gwiezdne Wojny mogą mnie rozbawić, a rozbawiły. Ogólnie film wywołał u mnie bardzo wiele, skrajnych uczuć. Zarówno zaśmiałem się pod nosem, ale także byłem o krok przed uronieniem łzy. Twórcy fajnie bawią się wykreowanymi postaciami, wciągają odbiorcę (nawet niewprawionego w serię) w fabułę i bawią się jego emocjami. Cieszę się, że nikt nie zapomniał o nakreśleniu sytuacji społecznej i ekonomicznej w galaktyce, przez dużą część seansu widz może obserwować jak to wszystko działa, a do tego dostajemy nie tylko dosyć głęboką refleksje o kapitalizmie i roli pieniądza, ale także twórcy starają się ukazać, że w obliczu strachu obietnice nie zawsze są dotrzymywane.
Genialne w tym wszystkim jest to, że myśli przekazywane w GW można przenieść do naszej, małej galaktyki. Oczywiście jeśli ktoś postanowił pomyśleć chwilę co film chciał przekazać.

Muszę przyznać, że totalnie zauroczyłem się w postaciach wykreowanych przez twórców. Wszystkie są charakterne, niepowtarzalne, ale jednocześnie naturalne. Zdziwiłem się również, wręcz kreskówkową kreską jaką zostały opatrzeni bohaterowie. Nie wiem czym jest to spowodowane, nakłada się tutaj, chyba, cała charakteryzacja, ale przedstawione postacie wyglądają na wyciągnięte z jakiegoś dobrego komiksu. Rose, Finn, wiceadmirał Holdo. Ich zachowanie jest jak najbardziej naturalne i adekwatne do sytuacji (twa wojna, hello), ale cała kreacje przeurocza i całkiem zabawna. To chyb mój ulubiony element całego filmu.

Nie podobała mi się nieudolna stylizacja na dawny sposób filmowania. Nie wiem do końca jak to nazwać. Mimo, że nie oglądałem poprzednich części Ostatni Jedi wydaje się próbować naśladować swoich poprzedników z dawnych lat ( nie wiem, czy konwencja ta zachowana jest w tych "nowszych GW") i bardzo mnie to bolało. Podobnie sprawa wyglądała w Stranger Things, jednak producenci serialu przedstawili klimat lat 80. w jakości XXI wieku. Tutaj coś poszło nie tak. Mimo dobrych efektów specjalnych i jakości jako takiej, widoczna była usilna stylizacja na lata 70/80. Różne dziwne przejścia, czasem występowały niezgodności w kreowanej przestrzeni (raz bohaterowie znajdują się w bardzo nowoczesnej, naturalnie wyglądającej sali, a w kolejna scena wydaje się jakby była plastikową makietą, albo sceną teatralną).
Było również trochę dziwnych akcji, albo rzucających się w oczy momentów, które miały na celu jedynie przyspieszyć akcje i zwrotów akcji, które niemal zawsze były korzystne dla bohaterów, ALE uznajmy, że to ma logiczny sens ze sposobem działania tego świata. Nie wiem, trudno mi powiedzieć, czy wszystkie momenty są naprawdę logiczne i naturalne względem kontynuowanej konwencji.

Wielkim fanem Gwiezdnych Wojen raczej nie zostanę i nie mam pojęcia czy dam radę nadrobić części poprzednie, jednak na następne chętnie się wybiorę. Cieszę się, że trafiłem na część w cyklu, która w dosyć łagodny sposób wprowadziła mnie do całego świata i pozwoliła wgryźć się w realia panujące w odległej galaktyce. Jeśli w następne części również będą przepełnione retrospekcjami z poprzednich to może stać się to denerwujące dla stałych widzów, ale jednocześnie niezwykle pomocne dla nowych. Myślę, że twórcy będą musieli osiągnąć jakiś balans i dogodzić wszystkim.

czwartek, 9 listopada 2017

18

Wielkie plany są ulotne.
Chciałem dokładnie udokumentować ostatnie chwile mojej młodości i zrobić pewne rzeczy przed osiągnięciem starości.

Mówię trochę z przekąsem i autoironią, ale nawiązując do listy 10  niewiele mi się udało.

Obejrzałem bajki Disneya, ale nie wszystkie. Bawiłem się przy tym dobrze i spędziłem świetnie czas. Bardzo szybko nauczyłem się cyrylicy (i bardzo szybko ją zapomniałem, ale ćśś). Kolejne wyzwania to pasmo małych porażek, jednak nie przejmuje się tym zbytnio. Samochodem pojechać pojadę, ale bez licencji, więc niewiele mi to da, a filmy o Harrym Potterze obejrzałem dokłanie 1,5, a i tak super się przy tym bawiłem. O książce dużo myślałem i mało pisałem. I patrząc po moich dokonaniach łatwo można domyśleć się, że moje życie to wciąż jeden wielki chaos.

Taki mały update z mojej bucket list. Ale pewnie nikogo to nie obchodzi, a więc co mi dały 18 urodziny?
Absolutnie nic.
Alkoholu nie pije, papierosów nie pale, a mojego dowodu osobistego nie widział nikt poza moją babcią. Nie upijam się, nie opuszczam w nauce i nawet w pełnoletność wszedłem na trzeźwo.
Myślę, że jeszcze bardziej zdziecinniałem i jeszcze bardziej boję się jutra.
Odczuwam już pierwsze odznaki starości i z pewnością mogę mówić, że jestem starej daty.
Wciąż próbuje się przełamywać, no bo żyć jakoś trzeba, ale wciąż mi to nie wychodzi.

Mimo, że jest jak było i będzie, jak będzie to 5 października był pewnego rodzaju kamieniem milowym. Bałem się tej daty i jak najbardziej chciałem jej uniknąć, mimo, że wiedziałem, że nic ona nie zmieni w moim życiu.
Myślę, jednak, że mając dowód tożsamości w kieszeni i osiemnaście lat na karku życie jest trochę inne. Ja jestem trochę inny.

teraz

"Jeśli jedną nogą tkwisz w przeszłości, a drugą w przyszłości sikasz na teraźniejszość"

Taką ładną metaforę usłyszałem od pewnego jutubera, nie będę zgadywał, ani szukał. Ważne jest dobitne i dające do myślenia przesłanie, które opisuje moje życie. Teraz i zawsze.

Odkąd pamiętam martwię się przeszłością i nieustannie myślę o przeszłości. A przy okazji zatracam teraźniejszość, przez co przeszłość staje się jeszcze bardziej demoniczna, a przyszłość coraz bardziej niepewna.
Sam sobie zatruwam życie i doskonale o tym wiem.

Zapominając o tym co jest teraz zabieram sobie wiele szans i dróg rozwoju. Nie stoję w miejscu. Cofam się.
W momencie, gdy Ty nic nie robisz, a świat pędzi do przodu miejsce, w którym byłeś wczoraj jest już dawno nieaktualne.
Życie to wyścig, który wymaga od ciebie, że będziesz coraz szybszy, sprawniejszy i lepszy. Z każdą chwilą powinieneś pokonywać słabości i przekraczać kolejne granice.
Czy to jest złe? Nie. Trudne? Jak najbardziej.

Mój problem polega na tym, że się boję.
Czego się boję?
Boję się przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Boje się życia.
To co było zatruwa mi teraz i jutro. Doskonale o tym wiem.
Jednak wiedzieć, a żyć to zupełnie dwie odrębne sprawy.

Wydaje mi się, że trzeba pogodzić się z przeszłością. Nie zapomnieć. To nic nie da. Po prostu ją zaakceptować. Ważne, żeby polubić siebie. Odpuśćmy sobie miłość, ale traktujmy się jak dobrego kolegę - wybaczajmy, wymagajmy i motywujmy do dalszego działania. Musimy pogodzić się z naszymi wadami i przyznać się do zalet. Co nie jest takie łatwe jak może się wydawać. A co najważniejsze zmieniamy się. Kreujmy od nowa i odnajdźmy formę, która jest dla nas najbardziej odpowiednia.

Chociaż co ja tam mogę wiedzieć.
Wciąż sikam na teraźniejszość.

Łatwo sobie mówić.
Gdy słyszy się takie porównania naturalnie można przyznać rację. Trudno nie zgodzić się z cytowanym przeze mnie zdaniem. Trudniej jest zmienić swoje życie - po prostu trudno jest dobrze żyć.