środa, 2 listopada 2016

5 źródeł do nauki języka angielskiego

Jestem osobą, która uwielbia naukę języków obcych, może nie aspiruję na miano poligloty, jednak chciałbym nauczyć się tych języków ile się da. Jak wiadomo, nauka języka obcego to nie tydzień, ani dwa, tylko kilku miesięczna, a nawet letnia praca (w zależności do jakiego poziomu chcemy dojść). Pomimo braku wrodzonych zdolności do nauki języków chcę to robić nadal i zależy mi na tym. Dlatego, często wspomagam się różnymi kanałami na youtube lub innymi platformami

Zacząłem od języka angielskiego, ponieważ uważam, że to jest podstawowy język, którym każdy powinien znać (w mniejszym lub większym stopniu). Nie tylko dlatego, że oczekuje tego od nas rynek pracy, a także strefy polityczne, ale dlatego, że język angielski w obecnych czasach oferuje nam szereg informacji, które nie są dostępne w innych językach oraz reprezentuje ze sobą ogromną część współczesnej kultury.

1. Polish Polyglot


Bez wątpienia Sandra zasługuje na miano poliglotki, mówi kilkoma językami obcymi, mieszka na stałe w Niemczech i od kilku lat prowadzi kanał na youtube oraz bloga. 
Kanał ten wybrałem na początek, dlatego, że nadaje się do nauki jakiegokolwiek języka obcego, nie tylko angielskiego. Sandra mówi jak zacząć naukę, jak rozwijać swoje umiejętności i jak je wykorzystać. Czyli wszystkie około językowe sprawy, które zainteresują każdego językowego laika. 

2. Duolingo


Tym razem nie kanał, a platforma do języków. Tak języków, dlatego, że duolingo oferuje naukę wielu języków europejskich (i nie tylko). Po polsku można uczyć się jedynie języka angielskiego, ale w wersji anglojęzycznej jest o wiele więcej opcji. Osobiście uczyłem się języka hiszpańskiego.
Duolingo jest świetne dla początkujących. Poprzez powiadomienia motywuje on do codziennej nauki języka oraz daje zalążek do rozwoju naszych umiejętności, ale im dalej w las tym gorzej. Warto używać Duolingo jako dodatku do nauki, ale błędem by było, żeby te naukę na duolingo opierać. Często podaje on błędne informacje, wymaga wielu niepotrzebnych słów, a poziom nauki gramatyki jest marny. Po za tym nie nie podoba mi się polityka nauki języków oferowana, przez Duolingo, więc no...

3. Arlena Witt


Internetowy program "Po cudzemu" to chyba moja ulubiona pozycja w tym zestawieniu. Pomijam fakt, że pałam ogromną sympatią do prowadzącej (która na marginesie jest niesamowitą osobą, a przynajmniej na taką się kreuje). Przede wszystkim "po cudzemu" to świetny format: w krótkim czasie zawiera w sobie ogrom życiowych informacji, które podane są w przystępny sposób. Widz nieświadomie uczy się, bo to co podaje nam Arlena to rozrywka w czystej postaci. Nie znajdziemy tutaj gramatyki,"po cudzemu" uczy nas, przede wszystkim" poprawnej wymowy słów, przydatne zwroty oraz rozmaite ciekawostki ze świata językowego i kultury anglosaskiej.

4. EngVid


Engvid to niesamowita platforma pomagająca w nauce języka angielskiego. Składa się z całej masy świetnych ludzi. Dzięki temu na engvid można odnaleźć setki materiałów o różnej tematyce, poznać rozmaite akcenty i dostosować poziom lekcji do swojego poziomu języka.

5. English with Lucy


Lucy jest rodowitą Angielką, mieszkanką Londynu i właśnie opowiada o języku angielskim ze strony native'a. Na jej kanale można znaleźć różnego typu filmiki, widać, że szuka ona idealnego formatu dla siebie. Dzięki temu kanałowi możemy doskonale osłuchać się z idealnym, brytyjskim akcentem, a przy okazji dowiedzieć się wielu informacji, z którymi mają problem osoby, które uczą się języka angielskiego


Warto wspomagać się różnymi źródłami, które pomagają nam w nauce. Z Internetu możemy nauczyć się poprawnej wymowy, gramatyki, czy po prostu poćwiczyć użycie języka (poprzez rozmowę z native'ami lub osobami, które również uczą się języka), ale trzeba pamiętać, że kluczem do nauki (jakiejkolwiek, nie tylko języków) to ambicja, motywacja, regularność, a przede wszystkim  praca.

środa, 19 października 2016

Nic mi się nie chce...

Raz na jakiś czas przychodzi taki dzień (czasem ten dzień zostaje na dłużej, ale ćśś), że po prostu nic ci się nie chce. Kompletnie. Nawet leżenie staje się męczące. Nie wiesz nawet dlaczego tak jest, czy to przez pogodę, czy jesteś zmęczony, czy tak po prostu. Przyznam bez bicia, że takie dni do mnie przychodzą dosyć często...



Jakiś czas temu napisałem tekst o dokładnie takiej samej tematyce i dokładnie takim samym tytule, ALE temat nicsieniechcenia jest dużo ciekawszy, niż by się wydawało na początku. Kto wie, może jeszcze napisze o tym prace naukową!

Od zawsze słyszałem, że komuś się czegoś nie chce.
Sprawy szkolne, "a po co mi to". Obowiązki, "BLE". Praca na przyszły sukces, "a nie chce mi się...". Zawsze ]ktoś taki się znajdował. Pojedyncze osoby, grupy, czy w ogóle całe klasy. No bo im się nie chce i koniec kropka, ale ja jako ja, pracowałem i nikomu nie przeszkadzałem (choć czasem znajdowały się takie osoby, którym to nie odpowiadało). Po prostu robiłem to co miałem robić. Raz mi się chciało bardziej, raz mniej. Ot to takie życie.
Szczerze to nigdy nie zwracałem uwagi na osoby, którym nigdy się nic nie chce. Przecież "każdy pracuje dla siebie i nic mi do tego", ale ostatnio pewne sytuacje skłoniły mnie do refleksji nad tym.

W poprzednim wpisie napisałem, że jeżeli czegoś mi się nie chce to tego nie robię. Ale ludzie, nie przez całe życie. Wtedy sumienie i niespełnione ambicje by mnie zagryzły. Nie rozumiem osób, które mają czas i energię, żeby zrobić cokolwiek dla siebie, swojego rozwoju i zainwestowania w siebie, ale nie robią nic. Dla nich ruszenie tyłka i zrobienie czegoś co przekracza najmniejsze minimum jest zbyt pracochłonne.

Takie zachowanie jest dla mnie nie zrozumiałe, a co gorsze drażniące.
Rozumiem, że różne osoby mają różne ambicje. Jedni chcą zrobić mniej, inni więcej. Zajmujemy się innymi sprawami, zupełnie inne rzeczy nas interesują i rozwijają. Nie ma jednej drogi życiowej, jednak najważniejsze żeby robić cokolwiek i rozwijać się w jakimś kierunku.

Można uczyć się języków obcych, czytać książki (te mniej poważne, jak i bardziej), zainteresować się sztuką wysoką (nie, telewizja, ani internet to nie sztuka wysoka), rozwijać pasje, rozszerzać wiedzę w jakimś kierunku lub po prostu więcej się uczyć. Może wtedy odnajdziemy jakieś hobby. Takie rzeczy nas rozwijają i pozwalają lepiej poznać siebie. Uczą nas systematyczności, wytrwałości, pracowitości i organizacji czasu. Im wcześniej się tego nauczymy, tym lepiej.

Wielu moich znajomych nie zdaje sobie sprawy, że dorosłe życie za niedługo zapuka do ich drzwi i się o nich upomni, a wtedy nie będzie, aż tyle czasu. Praca, szkoła, obowiązki. Już wtedy nie powie się "A nie chce mi się". Wtedy będziemy musieli liczyć się z konsekwencjami (które za czasów szkolnych skutecznie nas obijały). Oprócz tego nie będzie, aż tyle czasu na rozwój osobisty. Nie będzie można poszukiwać tego w czym się jest dobry. Wtedy jest czas na rozwijanie tego, a nie poszukiwanie.

Nie twierdzę, że przez cały czas trzeba pracować, a od najmłodszych lat zacząć się określać i dążyć w jednym kierunku. NIE. Ale warto czas szkolny spędzić, na szukaniu w czymś się jest dobrym i co się kocha, a później to rozwijać, no ale... Jak niektórym się nie chce, to co się zrobi? Nic się nie zrobi. No nic...

niedziela, 9 października 2016

Podsumowanie

Rozstania są trudne, a równie trudne są powroty...
Rok to ogromny odcinek czasu, kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy. Gdy dzień leci za dnie, a miesiąc za miesiącem człowiek nie jest świadomy z upływającego czasu. Dopiero zauważamy życie, gdy stanie się coś wielkiego. B U M. Mnie właśnie taka Supernowa przydarzyła się niedawno i to b u m wywróciło moje życie do góry nogami.



Dzisiaj chce podsumować ostatni rok. Rok niezwykle trudny, pełen zmian i niepewnych momentów. Ostatnie kilka miesięcy były najlepszym i zarazem najgorszym czasem mojego życia.

Pierwszy post miał miejsce 7 marca 2015 roku. Byłem wtedy zupełnie inną osobą. Aż dziwię się z perspektywy czasu jak bardzo się zmieniłem. Byłem w 3 klasie gimnazjum, ważyłem kilka(naście) kilo więcej, byłem trochę zarozumiały. Myślałem, że już tyle przeżyłem, że tyle się wydarzyło i jaki ja to nie jestem. Chciałem się bawić w małego psychologa, a tak naprawdę sam potrzebowałem pomocy. Bloga pisałem w miarę regularnie, jego koncepcja z biegiem czasu się zmieniała. Na początku był trochę psychologiczny, później nastawiłem się na motywację, następnie polecałem różne rzeczy, pisałem o bardziej i mniej poważnych sprawach. Content i grupa docelowa ciągle się zmieniały. Razem ze mną. 

Poszedłem do liceum, zmieniłem środowisko, styl życia. Zacząłem wszystko postrzegać inaczej i byłem szczęśliwy. Każdego dnia, bez końca. Wiele ludzi dąży do szczęścia, ale ono przychodzi samo i jak już się pojawi, po prostu trwa.

W 2015 roku napisałem 37 postów, wyświetleń było niecałe 2 tysiące. Ich szczyt nastąpił w grudniu 2015 roku (1189) i z tego okresu pochodzi najpopularniejszy post 2015 roku i jeden z najbardziej wyświetlanych postów całego okresu - TOP 5 blogów 213 wyświetleń.

Rok 2016 to miesiące pełne zmian. Trudno opisać mi ten czas, bo jest naprawdę osobisty i pełen emocji. Z jednej strony jestem zły na siebie. Zaniedbałem wiele rzeczy, na które pracowałem miesiącami, ale wiem, że dałem z siebie wszystko. Tyle ile mogłem i po prostu muszę pogodzić.

Przede wszystkim zaniedbałem bloga i to moja największa porażka, ponieważ zakładając blogaska postanowiłem, że będę pisać regularnie przez rok. Udało mi się to do 18 kwietnia 2016 roku. 11 miesięcy. Od tamtego czasu nie pojawił się żaden post. Niestety się nie udało.

Na pewno zmieniłem się ja. Obecnie jestem osobą jaką zawsze chciałem być. Stałem się dojrzalszy, pewniejszy siebie, ciągle zakompleksiony, ekscentryczny, ale mam do siebie dystans i potrafię udawać szczęśliwego (przynajmniej tak mi się wydaje)

Czy jestem szczęśliwy? Nie. Ale na pewno ostatnie miesiące były pełne szczęścia i smutku. Równowaga zachowana, jednak w moim życiu są pewne sprawy, które będą nie dadzą mi spokoju do końca..
W ciągu ostatnich miesięcy przekonałem się komu powinienem ufać, kto jest moim przyjacielem, a kto nie do końca. Poznałem też siebie. Teraz znam swoje słabe stron i ograniczenia. Wydaje mi się, że stałem się pokorniejszy. Niestety ostatnie wydarzenia odebrały, a raczej ukryły moją wrażliwość. Życie uczy pewnych rzeczy i na pewno, jeżeli chcesz być szczęśliwszy, musisz stać się mniej wrażliwy. Czy warto? Moim zdaniem nie. Nauczyłem się również, że nic nie jest na stałe i to co ci dano, będzie w końcu odebrane. Bez wyjątku. Wszystko ma początek i koniec.

Ogólnie na blogasku pojawiło się 58 postów, 5251 wyświetleń oraz 115 komentarzy.
Nie jestem do końca dumny z bloga, ale na pewno kosztował mnie sporo pracy, a ze swojej pracy jestem zawsze dumny. Chciałbym rozwijać ten mały zakątek. Postawię za wartościowy content, nie chcę tworzyć czegoś pozbawionego sensu i wartości. Chcę pomagać ludziom, a zarazem sobie. Warto wspomnieć, że blog od początku pełnił funkcję terapeutyczną dla mnie. Poruszałem pewne problemy i mogłem znaleźć dla siebie rozwiązanie, a zarazem wyrzucić z siebie emocje.

Post ten tratuje jako małe zerwanie z przeszłością. Po tamtej stronie chcę zostawić starego Krystiana, dawne posty i emocje, a tutaj tworzyć coś innego, świeżego i nowego. 
Chciałbym jeszcze podziękować osobom, które przy mnie były, i które okazały się prawdziwymi przyjaciółmi. Może nie ma ich wiele i na pewno nie dowiedzą się o tym poście, jednak czuję się zobowiązany do tego.

czwartek, 1 września 2016

Liebster Blog Award

Liebster Blog Award

Bardzo, ale to bardzo nie chciałem robić postu, że wracam... i tego nie zrobię. Przychodzę dzisiaj z Liebster Blog Award po 4 miesięcznej nieobecności. Bo tak. Ślicznie dziękuję za nominację Karolinę, którą kocham. Tak w ogóle zawsze chciałem być nominowany do tego czegoś, ale nigdy nie byłem " chociaż trochę znanym i lubianym". 

1. Kiedy miewasz "napady weny"?
W nocy. Późno w nocy.. nawet bardzo późno. Szczególnie wtedy, gdy jestem, tak zmęczony, że ledwo ogarniam co się wokół mnie dzieje. Nie wiadomo dlaczego mój pomysł sprzed kilku godzin, rano nie jest tak innowacyjny i super jak w nocy się wydawał, ale ćśśś.

2. Szklanka jest do połowy pełna czy do połowy pusta?
Jeżeli jest to szklanka mleka, to do połowy pusta. Mleka jest zawsze za mało.

3. Kto cię zainspirował do prowadzenia bloga?
Raczej nikt, na początku bardzo inspirowała mnie Marta z bloga Marta Pisze, ale z biegiem czasu mój blog bardzo się zmieniał, ale to dlatego, że nigdy nie chciałem zamknąć się w jakiejś tematyce. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie mój blog będzie naprawdę mój.

4. Najgłupszy cytat albo powiedzonko, które słyszałeś?
"Nie przejmuj się, inni mają gorzej" czy coś w tym stylu. 

5. Wolisz jeść w towarzystwie czy w samotności?
Cytując jedną z mądrzejszych osób jaką znam (czyli mnie) "Mje to rybka".

6. Co pomaga ci zasnąć?
Późna godzina...

7. Jak wspominasz dzieciństwo?
Wspominam? Ja przecież nadal mam dzieciństwo. Co z tego, że mam prawie 17 lat!

8. Czym jest przyjaźń?
Dosyć długo się zastanawiałem nad tym pytaniem i nie potrafiłem na nie odpowiedzieć, ale w między czasie przeczytałem gdzieś stwierdzenie, że przyjaźń to miłość pozbawiona cielesności i seksualności. W pełni się z tym zgadzam.

9. Najśmieszniejsza sytuacja, jaką pamiętasz?
Jako, że jestem dziwnym, aspołecznym człowiekiem śmieszne sytuacje przydarzają mi się dosyć rzadko, a jeżeli już to są to takie śmieszkowanie wynikające z nie wiadomo czego, niż z jakiegoś konkretnego powodu.. nie wiem, czy to dobrze wytłumaczyłem XD

10. Jakie jest twoje ulubione słowo?
Ja ogólnie bardzo lubię języki. Polski, angielski, hiszpański. Można wymieniać bez końca. Nawet niemiecki, czasem, mi się podoba. Ostatnim moim ulubionym słowem było churros, dopóki nie spróbowałem go zrobić... A jeżeli chodzi o polskie to nie mam pojęcia. Pewnie jakieś długie, trudne i fikuśne. Przez długi czas był nim "bezpruderyjny"

11. Szybko się denerwujesz?
Kiedyś bardzo szybko, a teraz to w sumie mam wywalone na resztę świata.

Dziękuję za uwagę to tyle na dziś. 

A i jeszcze jedno. Wiem, że długo mnie tu nie było, ale chciałbym spróbować wrócić na blogaska. Trochę tu pozmieniać i pomieszać. Przerwa była spowodowana problemami rodzinnymi i problemami ze mną i z moją osobą. Gdzieś po drodze zgubiłem siebie. Gdy kiedyś, kiedyś chciałem odnaleźć siebie to założyłem bloga i, po części, dzięki niemu się odnalazłem. Może i tym razem się uda. 

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

[Poniedziałkowa recenzja] Oddam ci słońce - Jandy Nelson

Szczerze? Brak mi słów do tej książki, chociaż przeczytałem ją już jakiś czas temu ciągle nie potrafię doprać słów do geniuszu tej książki. Trudne relacje rodzinne, problemy dorastania, przerażająca prawda przed którą niektórzy nastolatkowe muszą stawić czoła. Niby takie proste, a spot pióra Jandy Nelson wyszła wspaniała książka. No, ale... biorę łyk herbaty (którą symbolizuje butelka wody), wtulę się w kocyk i posłucham hiszpańskiego radia, a w między czasie spróbuję sklecić parę słów o tej niesamowitej książce.

Jude - początkowo lekkoduch, prawdziwy Ikar. Buja w obłokach, miłuje się w morskich falach, interesuje się sztuką... chociaż nie dorównuje temu swojemu bratu. Nie może znaleźć wspólnego języka z matką, ale za to z ojcem doskonale się dogaduje. Nieoczekiwany splot wydarzeń z "takiej dziewczyny" staję się introwertyczką ciągle przesiadującą w domu, a przy okazji rozmawiającą ze swoją babcią.. zmarłą babcią. Staje się bardzo ostrożna, przesądna oraz nieufna. 

Noah - pierwotnie nieśmiały chłopak, miłośnik sztuki, a przede wszystkim świetny malarz. Mocno skonfliktowany z ojcem, ale za to oczko w głowie matki. Za to nowy Noah jest towarzyski, przebojowy i lekkomyślny. Zaczyna dogadywać się z ojcem... chociaż kontakt z siostrą znacznie się pogorszył.

Co musiało się stać, żeby takie bliźniacze rodzeństwo, wręcz zamieniło się swoimi osobowościami? 

Bardzo zdziwiła mnie forma narracji zastosowana w tej książce. Niby mamy tutaj podział na 2 narratorów, nic odkrywczego, ale Pani Nelson zastosowała tutaj małe przenoszenie się w czasie. Historia według Noah dzieje się w okresie, gdy rodzeństwo ma 13-14 lat, a Jude relacjonuje zdarzenia w wieku lat 16. Jest to bardzo ciekawe rozwiązanie, jeszcze bardziej wciągające czytelnika w całą historię. Oprócz tego, że musimy uważnie śledzić historie bohaterów i zauważać te zmiany czasu, najbardziej jednak spodobało mi się, że musiałem domyślać się, jaka jest przyczyna pewnych zachować, czemu coś się stało tak, a nie inaczej.

Oprócz tego zachwyciło mnie to, że wiele osób może utożsamić się z tą historią, nie jest ona odrealniona tak jak opowiadania Greena, osobiście wzruszyłem się na kilku scenach, które bezpośrednio nawiązywały do mojego życia. Czasem zastanawiałem, czy przypadkiem autorka nie pisze o mnie, no ale uświadomiłem sobie, że życie chłopaka z Polski, a innego nastolatka z USA, Australii, Chin, czy Rosji niewiele się od siebie różni... no ale to temat na inny post. 

ALE, przede wszystkim jest to po prostu piękna historia i nie powinno się o tym zapominać. Nieważne jakiego języka użyłaby Nelson, jakimi formami językowymi się posługiwała i nieważne co by wymyśliła jakby to nie była świetna książka uderzająca w sam środek serducha. W tej książce jest dużo, może nie wszystko, ale naprawdę wiele. Przez to nie powstała chaotyczna historia, bez ładu i porządku, ale przemyślana, dobrze napisana powieść.

~*~

Tytuł: Oddam ci słońce
Data wydania: 12 sierpnia 2015
ISBN: 9788375153545
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 374
Moja ocena: 10/10
Ocena serwisu LB: 8,29/10


niedziela, 10 kwietnia 2016

Sposoby na tanie czytanie

Wiele osób tłumaczy się, że nie ma czasu, ochoty, ani pieniędzy na czytanie książek (oczywiście na wszystko jest jakiś sposób). Wchodząc do jakiejkolwiek stacjonarnej księgarni, nawet do tej, która uchodzi za tanią, zauważamy ceny z kosmosu. Chcąc zakupić nie najnowszą, ale za to popularną książkę często musimy sporo zapłacić. Ale czytanie nie musi być drogie. Nadal pozostając w tematyce książek pokażę wam jak można zaoszczędzić na książkach.



Znajomi

Mając wśród znajomych bibliofilii jesteś w świetnej pozycji. Przy każdym spotkaniu lista książek do przeczytania na pewno wydłuży się o kolejne pozycje, a gdy napomkniesz, że chcesz przeczytać coś interesującego, do domu wrócisz obładowany świetnymi książkami.

Biblioteki

Świetnym rozwiązaniem na niewydawanie pieniędzy są biblioteki. Nie dość, że są one coraz lepiej zaopatrzone, już nie zastaniemy tam tylko pożółkłych, nieciekawych książek, często są one unowocześniane. Chociaż biblioteki z mniejszych miejscowości wyglądem nie dorównują tym z wielkich miast, najważniejsze jest to co w nich zastaniemy.

Ebooki 

Chociaż ebooki to kwestia sporna, na pewno kosztują one mniej niż książki tradycyjne. Oporem to ich stosowania mogą być czytniki, a raczej ich cena, ale nie powinno to być wymówką. Oczywiście używanie czytnika jest bardzo wygodne, ale nie jest to jedyna opcja. Praktycznie każde urządzenie mobilne może pełnić jego rolę: komputer, telefon, tablet. Prawie każde urządzenie elektroniczne możemy do tego wykorzystać, choć nie wszystko zapewni taką samą wygodę czytania.

Księgarnie internetowe 

Jeżeli jesteś tradycjonalistą i jednak wolisz zakupić książki w formie papierowej warto zrobić zakupy w księgarniach internetowych. Przede wszystkim dla tego, że ceny książek są tam dużo niższe (czasem tańsze niż ebooki), jest większy wybór niż w księgarniach stacjonarnych, a o wygodzie zakupów przez Internet nie muszę wspominać. Osobiście korzystałem z usług dyskontu internetowego aros.pl oraz księgarni, która uważana jest za najtańszą, nieprzeczytane.pl. Oczywiście jeżeli ktoś nie ufa nowo powstałym sklepom, duże księgarnie takie jak empik, czy matras również oferują zakupy online.. oczywiście ceny są dużo wyższe.

środa, 6 kwietnia 2016

5 (nietypowych) powodów dla czego warto czytać

Jak powszechnie wiadomo stan czytelnictwa w Polsce drastycznie maleje. Biblioteka Narodowa informuje, że w ubiegłym roku, aż 63% Polaków nie przeczytała ani jednej książki! To przerażające i niewyobrażalne zarazem. Badania przeprowadzone były na grupie 3000 osób, wieku powyżej 15 roku życia i dość brutalnie przedstawiają one Polską rzeczywistość. Dla osób, którym z czytaniem jest nie po drodze przygotowałem kilka powodów dlaczego warto czytać.



1) Pomimo tego, że w Polsce czytelnictwo z roku na rok obumiera, czytelnicza mniejszość świetnie potrafi się zjednoczyć. Przeglądając czeluści Internetu z łatwością znajdziemy setki stron, forów, blogów, fanpage'y oraz grup poświęconych czytelnictwu. Odnajdziemy tam wiele dyskusji, wyzwań oraz członków o wspólnych zainteresowaniach. Dzięki temu na pewno zmotywujemy się, aby sięgnąć po daną pozycję.

2) Jeżeli ktoś myśli o książce jako niezbyt użyteczny przedmiot z kiepską grafiką, który zajmuje tylko miejsce to powinien przejść się do jakiejś porządnej księgarni. Obecnie książkowe okładki aspirują do małych dzieł sztuki. Na rynku jest wiele pozycji o niesamowicie pięknych oprawach. Takie książki nie nadają się tylko do czytania (i zachwycania nad ich pięknem), ale również do ozdobienia naszego mieszkania i nadania mu niesamowitego klimatu.

3) Przeczytałem gdzieś stwierdzenie, że osoba, która chce odnieść sukces musi czytać książki. Czy to prawda? Mam nadzieję, że tak i bardzo dużo na to wskazuje. Czytając książki stajemy się bardziej kreatywni, nabywamy zdolność logicznego myślenia i bardzo łatwo wchłaniamy wiedzę. Nie musimy czytać książek stricte naukowych, aby poznać kulturę obcego kraju lub zrozumieć pewne wydarzenia historyczne. Możemy się zainspirować nie tylko fikcją literacką, ale także biografiami ludzi sukcesu.

4) Zainteresowanie książkami nie kończy się tylko na ich czytaniu, gdy rozpoczniemy przygodę z literaturą bardzo szybko wkręcimy się w czytelniczy świat. Każdego roku powstaje setki wyzwać dotyczących czytania, zakładane są blogi oraz inne działalności związane z literaturą. Co miesiąc wydawane są nowe książki, a w każdym dniu można znaleźć coraz to nowsze informacje od autorów i wydawnictw. Osoba mówiąca, że wszystko co związane jest z książką jest nudne nie ma racji, wystarczy, że wkroczysz w społeczność miłośników książek i już nie zapragniesz jej opuścić.

5) Czytając coraz więcej książek zaczynamy lepiej pojmować otaczający nas świat. Autorzy coraz częściej wykorzystują znane już postacie, ustroje polityczne, czy wydarzenia historyczne i maskują je pod fikcją literacką. Sięgając po przyjemną fantastykę możesz znaleźć świetnie rozpisany i objaśniony system totalitarny, a czytając niezobowiązującą obyczajówkę dopatrzysz się podobieństw z pewnymi wydarzeniami.

Chociaż poziom czytelnictwa może przyprawić nas o dreszcze, jeszcze nie wszystko stracone! Możemy być pokoleniem, które powróci do czytania i przywróci książce jej dawny blask.

środa, 30 marca 2016

Wiosną lubię...

Wiosna, moi milusińscy! W końcu!!! A skoro wiosna, to trzeba obudzić się wreszcie z zimowego snu, wyrwać z marazmu i odżyć. Łatwo powiedzieć, ale trudniej zrobić, co? Skądś to znam… Dlatego właśnie przygotowałam dla Was 2 kreatywne wyzwania, które pobudzą Was do działania. Mam nadzieję, że skusicie się chociaż na jedno!

Wiosno, ach to ty! W końcu nadszedł ten cudowny czas, gdy zimowe chmury i nieprzyjemny chłód odchodzą w niepamięć. Możemy zacząć się cieszyć pierwszymi promieniami słońca, krokusami i porządnym kopem w tyłek po zimowym lenistwie. Okres świętego mikołaja, śniegu i temperatury poniżej 0 trochę nas rozpieścił. Zimne dnie, które zniechęcały do wychodzenia z naszego domku i długie wieczory nakłaniające do czytania książek w cieplutkim kocu. A do tego te okazje do świętowania. Ale w końcu możemy zacząć ŻYĆ. Przy okazji, nie mam pojęcia kto wymyślił, żeby zaczynać rok w styczniu. Przecież wiadomo, że postanowienia noworoczne najlepiej spełnia się na wiosnę!



Oto 6 powodów dlaczego kocham wiosnę:

1. Przede wszystkim dlatego, że w końcu odżywamy. Tak jak wspomniałem wcześniej dostajemy porządnego kopa pozytywnej energii i wyrywamy się z zimowego lenistwa. Możemy zacząć działać i się realizować. Każdy przyzna, że śnieg i obżarty brzuszek nie zachęcają nas do spełniania marzeń, a promienie słońca i świergot ptaków jak najbardziej. Ci wytrwalsi (i ci z lepszą pamięcią) mogą rozpocząć realizację postanowień noworocznych. Kto powiedział, że styczeń jest od tego? Marzec też się nada.

2. Do życia nie wraca tylko człowiek, ale również zwierzęta i rośliny. Kocham widok krokusów, przebiśniegów i odżywającej natury. Ptaki zaczynają świergotać, trawa staje się zieleńsza, a skowyt psów, aż tak bardzo nie przeszkadza.
Niestety wiąże się to z pyleniem... alergik zrozumie ile zła jest zawarte w tym słowie.

3. W końcu zaczyna być jasno. Zimowy półmrok zaczął już mnie irytować. Rano ciemno, w dzień ciemno, a wieczorem... ciemno. Zacząłem się zastanawiać, czy apokalipsa nadchodzi wielkimi krokami, czy po prostu Ktoś na górze nie zapłacił rachunku za światło i nam na amen słonko odcięli.

4. Będąc w temacie światła muszę wspomnieć, że rano idąc do pracy, szkoły, czy gdziekolwiek jest... JASNO. Nie wiem, czy pamiętacie jeszcze zimowe poranki, gdzie zamiast wschodzącego słońca zastawaliśmy księżyc w pełnej okazałości. Na szczęście szybko taki stan nie powróci, a my możemy zacząć dzień z promykami słońca.

5. Kolejny powód to LUDZIE. Po zimowym śnie każdy wychodzi ze swojej pieczary i w końcu możemy zobaczyć kogoś oprócz wałęsających się psów. Chociaż nie przepadam za obecnością obcych osób blisko mnie, po prostu mnie to cieszy, że ludzie również cieszą się wiosenną pogodą.

6. Jednym z ważniejszych powodów jest to, że zaczyna się robić ciepło. Już można zmienić zimowy puch na trochę lżejszą kurtkę, później wystarczy bluza, a na końcu plażing, smażing i leżenie brzuchem do góry! A tak na serio, chyba każdy się cieszy, gdy zaczyna topić się, a pogoda za oknem staje się coraz cieplejsza. W mgnieniu oka przyjemne 15° zmieni się na letnie 40°... co już nie będzie taką dobrą wiadomością...

Nigdy nie postrzegałem wiosny jako małego cudu natury. Nie cieszyłem się ze świergotu ptaków, topnienia śniegu, ani z zielenienia się trawy. Marudziłem na tłumy, które wychodzą na ulice, myślałem o nieznośnej alergii i tym całym (pożal się Boże) pyleniu. Ale wydaje mi się, że pora na zmiany. Warto cieszyć się drobnostkami i myśleć pozytywnie!

poniedziałek, 21 marca 2016

Moje ulubione (polskie) seriale

Nie wiem, czy jestem jakimś odmieńcem, albo po prostu dziwakiem. Być może nie nadaje się do roli nastolatka. Ewentualnie jestem jakimś nieudanym eksperymentem naukowym (kto wie, wszystko możliwe). Jestem przykładem osoby, która nie lubi długo zajmować się jedną czynnością, wolę zrobić wszystkiego po trochę (co wcale nie jest dobrą cechą). Dlatego nie oglądam wielu filmów, nie czytam kilku(nastu) książek w miesiącu, ani nie spędzam godzin na wpatrywanie się w ekran monitora, ale mam swoje ukochane perełki serialowe, z którymi się z wami podzielę.



Na tapet wezmę polskie seriale nie bez powodu. Przede wszystkim głównie oglądam seriale naszych, ojczystych producentów. Nie wiem dlaczego tak wychodzi, gdy rozpoczynam oglądać seriale zagraniczne po prostu mnie one nudzą. Oprócz tego polskie seriale są całkiem dobrze zrobione, szczególnie, gdy chodzi o krótkometrażówki.

BrzydUla
 Polska ekranizacja kultowego serialu "Ugly Betty". Myślę, że historia każdemu dobrze znana. Serial opowiada o losach niezbyt urodziwej Uli Cieplak, która zdolnością i pracowitością zdobywa coraz to nowe stanowiska w prestiżowym domu mody Febo & Dobrzański, a przy okazji poznaje swoją nową miłość. Może fabuła nie zachwyca, ale jestem pewien, że każdy przy tej telenoweli dobrze się bawił. Emitowana ona była w latach 2008-2009.

Singielka 
Jest to jedyny serial, który aktualnie oglądam, opowiada on historię Elki, dziennikarki, która swoimi felietonami podbija świat internetowych redakcji. Elka jest przygrubawą zaradną i twardo stąpającą po ziemi kobietą, która (oczywiście) nie ma szczęścia w miłości. Do tego Ela ciągle krytykowana jest przez swoją apodyktyczną matkę, która porównuje ją do młodszej siostry, która (do czasu) ma idealne życie. Serial emitowany jest przez stację TVN od października 2015 o godzinie 20:55. Obecnie liczy lekko ponad 100 odcinków.

Przepis na życie
Anka prowadzi spokojne i poukładane życie razem z ukochanym mężem i nastoletnią córką. Nie zauważa jednak, że w jej związku pojawia się ktoś nowy. Jej rzeczywistość kompletnie się zmienia. Staje się samotną matką (w drugiej ciąży), która do reszty oddaje się swojej pasji - gotowaniu. Anka wkrótce poznaje nową miłość, ale jej życie ciągle się komplikuje, stwarzając przy tym wiele zabawnych sytuacji. Serial emitowany był w latach 2011-2013. Liczy 65 odcinków w 5 sezonach.

2XL
Jest to zabawny serial, pełen sprzeczności i nieporozumień. Agata z zawodu biolog walczy z otyłością. Z powodu złego odżywiania trafia do dietetyczki, która... również ma problem ze swoją wagą. Kobiety z dwóch różnych światów muszą radzić sobie z problemami codziennej egzystencji jednocześnie walcząc ze słodkimi pokusami. Serial emitowany był na antenie stacji Polsat w 2013 roku, niestety posiada jedynie 13 odcinków.

Rodzina zastępcza
Kultowy, polski serial, myślę że każdemu dobrze znany. Jak dla mnie wspomnienie dzieciństwa, kojarzy mi się głównie z letnimi wieczorami spędzonymi w babcinym łóżku. Serial opowiada historię Anny i Jacka, którzy postanowili zostać rodziną zastępczą dla dzieci z nieciekawą przeszłością. Początkowo adoptują trójkę; Romka, Zosię i Elizę. W 260 odcinku adoptują również Dorotkę i Wojtka, a w 313 postanawiają zaopiekować się bliźniakami: Piotrkiem i Pawełkiem. Warszawska rodzina musi radzić sobie ze śmiesznymi perypetiami spowodowanymi często przez dzieci, a także nowobogackich sąsiadów Alutkę (którą uwielbiam ♥) i Jędrule.

Może fabuła polskich telenowel nie zachwyca, a aktorzy w nich grający powtarzają się częściej, niż Starbuck w Nowym Jorku, ale... i tak je lubię. Gra aktorska nie jest tragiczna, a scenografia i wykonanie techniczne jest całkiem dobre. W przeciwieństwie od naszych ojczystych filmów, seriale pozostają na całkiem  dobrym poziomie.

środa, 16 marca 2016

Nie jesteś niezniszczalny!

W pierwszym wpisie na blogasku (który uważam za całkiem niezły >>klik<<) użyłem z cytatu z genialnej książki Erica-Emmanuela Schmitta "Zapominamy, że życie jest kruche, de­likat­ne, że nie trwa wie­cznie. Zacho­wuje­my się wszys­cy, jak byśmy byli nieśmiertelni". Odkąd przeczytałem książkę Schmitta (plus kilka innych książek o podobnej tematyce) myślałem, że mam świadomość, że nic nie trwa wiecznie. Nie twierdze, że byłem na to przygotowany. Myślałem tylko, że w moim małym rozumku pojąłem kruchość życia. Wydawało mi się, że odkryłem coś niezwykłego. Dziś coś jest, a jutro już tego nie ma. Cała magia życia. Myślałem, że to zrozumiałem. Nic bardziej mylnego.



Odkąd wyrośliśmy z pieluch, a w naszym życiu na dobre zadomowiła się rutyna zaczynamy żyć w pewnym rytmie. Każdy dzień wygląda podobnie. Nie mówię, że biegniemy w wyścigu szczurów, raczej kręcimy się w kółko. Nie chcę tego krytykować. To naturalna kolej rzeczy. Życie to nie wakacje. Ale żyjąc w takim świecie powoli wszystko nam się zaciera, zmywa ze sobą. Dziś jest poniedziałek, czy wtorek? Nieważne. To było tydzień temu? Bez znaczenia. Ten czas tak szybko minął? No bywa... Myślę, że wiesz o czym mówię.

Przez tę rutynę życie wydaje nam się ciągiem. Bez początku, ani końca. Czasem mamy wrażenie, że jesteśmy wieczni. Przecież żyjemy odkąd pamiętamy (#zacna_uwaga) i skąd mamy wiedzieć kiedy to się kończy. Po prostu żyjemy bez świadomości, że zaraz możemy zniknąć. Oprócz smutku i łez bliskich nic po nas nie zostanie.
Nie mamy świadomości, że wychodząc do sklepu, pracy czy szkoły możemy już nie wrócić. A może powinniśmy mieć coś takiego na uwadze. Traktujmy dzisiejszy dzień jak ostatni, bo jutro może nie nadejść. Cieszmy się chwilą. Wiem, że teksty są oklepane i trochę kiczowate, nazwa do czegoś zobowiązuje, ale także są prawdziwe.

Gdy zaczniemy żyć według takich oklepanych tekstów, a przynajmniej będziemy próbować to zrobić. Życie od razu będzie lepsze. Doceniajmy drobnostki, małe gesty. Cieszmy się ładą pogodą, zwróćmy uwagę na najbliższych, po prostu cieszmy się życiem, bo nie wiadomo kiedy możemy go stracić.

poniedziałek, 14 marca 2016

[Poniedziałkowa Recenzja] Czerwona królowa - Victoria Aveyard

Życie Mare nie jest za ciekawe. Osiąga słabe wyniki w szkole, nie pracuje, a za kilka miesięcy musi wstąpić w szeregi wojska, gdzie najprawdopodobniej szybko zginie. Do tego jest Czerwona, czyli jej życie jest warte mniej, niż waży (jeśli jesteś Czerwony, na pewno zbyt dużo nie ważysz). Aby upodobać się rodzicom, kradnie. Chociaż nieważne co by robiła jest gorsza, niż jej rodzeństwo. Pomijając to wszystko, życie Mare jest normalne. Uczęszcza do szkoły, spędza czas z przyjaciółmi i próbuje nie umrzeć z głodu. Pewnego dnia dowiaduje się, że pomimo czerwonek krwi, która płynie w jej żyłach, posiada ona specjalne umiejętności. Umiejętności, które mogą posiadać tylko Srebrni. Nadludzie, przez wielu uważani za potomków bogów. Gdy jej sekret wychodzi na światło dzienne Mare staje się narzeczoną księcia i z małej wioski przenosi się na królewskie salony. Bajka i spełnienie marzeń? Nie do końca. W życiu Mare kłamstwo, obłuda i strach są na porządku dziennym. Musi udawać kogoś kim nie jest, musi wyrzec się swojej rodziny. musi uważać na swój każdy ruch. Jeden niewłaściwy krok może doprowadzić ją do Kościńca. Uwierzcie, nie chcecie tam trafić.

Czerwona królowa to niepewny grunt. Koledzy zza oceanu się nią zachwycają, a nasi lokalni recenzenci nie pałają zachwytem do tej pozycji. Ja zazwyczaj bronie książek. Staram się postrzegać ich zalety, a na wady przymknąć oko. Więc jeśli chcesz przeczytać recenzje Czerwonej królowej jakiej w polskiej książkosferze jeszcze nie było... zapraszam!

Po przeczytaniu książki Aveyard nie można obejść się bez myśli "Ej, ja skądś to kojarzę...". Nie powiem, że ja też tak nie pomyślałem. Bo pomyślałem, nawet kilka razy. Czerwona królowa nie jest niczym odkrywczym. Nie wprowadza nowego gatunku literackiego, a po jej przeczytaniu twoje życie nie zmieni się o 360o. Ale osądzanie panią Aveyard o plagiat to lekka przesada. Często hipokryzja. Recenzenci często czepiają się najmniejszych szczegółów, a prawda jest taka, że fundament każdej dystopii (chociaż nie uważam, że ta pozycja jest dystopią, nie wiem kto to wymyślił) dla młodzieży i wielu pozycji dla nastolatków jest taki sam. I nie koniecznie jest to plagiat Igrzysk, Niezgodnej, czy Rywalek
Osobiście słysząc niektóre porównania nie wiedziałem czy wybuchnąć śmiechem, czy płaczem. Denerwuje mnie czepienie się wątku, tzw. młodszej siostry, czy trójkątu miłosnego (tak jakby te wątki były czymś oryginalnym i odkrywczym), ale porównanie Panem i Palów rozpierniczyło system. To tak jakby porównać kuropatwę do kurka. Wydaje mi się, że w Polsce nastąpił trend na hejt powieści Aveyard. Najbardziej krzywdzące dla tej pozycji było niedocenienie jej walorów. Blogerzy po tym jak powiedzieli, że ta książka jest beznadziejna i w ogóle ble, kompletnie zapomnieli o jej zaletach. Nieliczni odważyli się wspomnieć o tym, że ta książka ma jednak coś fajnego do zaoferowania... ale zaraz się wycofywali, a na koniec i tak podkreślali, że to plagiat. Niewielu ją doceniło... więc ja to zrobię! 

Na sam początek muszę pochwalić wyobraźnię autorki. Jeszcze się nie spotkałem z tak rozbudowaną hierarchią umiejętności (w prawdzie jeszcze nie czytałem Czasu Żniw, ale w tej kwestii powieść Shannon może mieć przeciwnika). Zazwyczaj autorzy fantastyki idą na łatwiznę i darują swoim postaciom duży wachlarz umiejętności. Nie tym razem. Victoria Aveyard od początku buduje pewien system. Każdy ród specjalizuje się w danej dziedzinie, a umiejętności są przekazywane w ścisły sposób. Nic wielkiego, a cieszy. 
Mam pewne spostrzeżenie na temat tej książki. Nie jestem pewien czy słuszne, ale się nim podzielę. Wydaje mi się, że Aveyard zaczerpnęła wiele wątków historycznych. Bardziej inspirowała się ideologiami, niż faktycznymi zdarzeniami.
 Zacznijmy od copiątkowych walk na arenie. Niby coś nam to przypomina. Walki gladiatorów i te sprawy, ale gdy przyjrzymy się bliżej spojrzymy na pozycje z innej perspektywy. Czerwoni, aby uczestniczyć w tych widowiskach byli zwalniani z pracy i szkoły. Głównym zamierzeniem Srebrnych było ukazanie swojej siły i można podejrzewać, że chcieli oni zaznajomić nędznych, niewykształconych Czerwonych zapoznać z pewnym rodzajem sztuki. Pewnie nie widzieliście, że władze ateńskie w V wieku p.n.e. postępowali podobnie. Płacili oni Ateńczykom na uczestnictwo w cotygodniowych spektaklach teatralnych, w celu zapoznania Ateńczyków ze sztuką wysoką.
Do tego ci Srebrni. Nadludzie, potomkowie bogów, którzy rządzą Czerwonymi. Rasą, która się nie liczy. Rasą, której krew jest nie ważna, a za jej przelanie nic nikomu się nie stanie. Jeden czerwony mniej, czy więcej. Co za różnica. Nie przypomina wam to toku rozumowania pewnego pana z krótkim wąsikiem, który lubił eksperymentować z gazem? Mnie bardzo. Wydaje mi się, że Aveyard mogła zainspirować się ideologią nazistowską... chyba, że zrobiła to przypadkowo. Czy oznaczałoby to, że w autorce drzemie wewnętrzny nazista? 
Pomijam kwestie rodziny, królewskiej, arystokracji i rebeliantów. To oczywiste. 

Reasumując. Czerwona królowa nie jest odkryciem. Nie jest niczym wyjątkowym, ani spektakularnym. Jest jednak ciekawa i ma coś do zaoferowania. Wydaje mi się, że warto sięgnąć po tę pozycję na pewno się nie będziecie nudzić. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić was do jej przeczytania.

~*~

Tytuł: Czerwona królowa
Data wydania: 18 lutego 2015
ISBN: 9788375153323
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 488
Moja ocena: 6/10
Ocena serwisu LB: 7,87/10

środa, 9 marca 2016

Gdzie się śpieszysz?

W dzisiejszych czasach wszystko musi być szybkie: szybkie jedzenie, szybkie spotkanie, szybki trening. Wszędzie się gdzieś śpieszymy i ciągle brakuje nam czasu. Codziennie robimy wiele rzeczy, a tak naprawdę nie robimy nic. Brakuje nam czasu dla rodziny, na odpoczynek, dla siebie. Brakuje nam czasu na życie. Dlatego ja mówię; zwolnij! Gdzie się tak śpieszyć? Żyj. Po prostu  żyj.



Od lat jesteśmy zasypywani wielkimi odkryciami, że korpo życie nas zabije. Powinniśmy się skupić na zdrowiu, rodzinie bla bla bla. Jeżeli myślisz, że to kolejny taki wpis to... wcale się nie pomyliłeś.

Pewnie, gdy przykładasz się solidnie do swoich obowiązków zauważyłeś pewną rutynę. Praca (szkoła), dom, praca, dom, praca, dom. Pięć, nawet sześć razy w tygodniu. 52 tygodnie, 365 dni bez przerwy. Rok w rok. Ile to się już ciągnie? Kilka, może kilkanaście lat? Nie byłoby w tym nic złego. Fajnie jeżeli ktoś jest szczęśliwy, zadowolony i spełniony. Ale rzeczywistość wygląda tak jak wygląda. Nie zawsze jesteśmy kowalami swojego losu i nie żyjemy tak jak Brad Pitt z Angeliną u boku. Zapominamy o sobie, swoich bliskich, rodzinie, dzieciach. Pędzimy za tłumem.

Pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Ratę za kredyt trzeba zapłacić, dzieci same się nie na karmią, a do wygodnego życia uzależniłeś się jak Scooby Doo od Scooby Snacków. Trudno stało się. Ale zawsze da się coś zmienić.
Nie mówię, żebyś porzucił dobrą posadę dyrektora do spraw finansów, siedział kilka miesięcy w domu na dupci, a później został malarzem. Co z tego, że nie potrafisz malować. Nikt ci nie zabroni... chyba, że żona. Żony się trzeba słuchać, życie jest wtedy łatwiejsze. Nieważne.
Wcale nie chodzi, abyś zmienił swoje życie o 360° i kręcił nim jak rosyjską ruletką. Spokój i stabilizacją są ważne. Wygodne życie także, ale cii.
Nie powiesz mi, że niczego nie da się zmienić, bo się da. Ja to wiem i ty również. Nie bierz nadgodzin, nie wyjeżdżaj co miesiąc na durne szkolenia, a jeżeli nie musisz czegoś robić, nie rób tego.Nadgorliwość nie zawsze się sprawdza. Oczywiście miejmy do wszystkiego umiar. Przez jakiś czas musisz ciężko popracować i do czegoś dojść, aby móc sobie zrobić przerwę i nabrać w płuca powietrza. Musimy znaleźć złoty środek . Pewnie o tym słyszałeś. Tak właśnie myślałem.

Gdy jesteśmy młodzi i silni możemy być trochę egoistyczni. Pracujmy na siebie, i na swoją przyszłość. Uczmy się, pracujmy, udoskonalajmy, ale gdy zakładamy rodzinę, mniej lub bardziej świadomie, nasze priorytety powinny się zmienić. Nie będziesz całe życie Kubą Wojewódzkim. W końcu wyjścia do klubu zamienisz na brudne pieluchy, a wakacje w NY na weekend z rodziną. Czy to oznacza, że będziesz musiał zrezygnować z siebie? Niekoniecznie. Może wtedy dopiero zaczniesz żyć. A przy okazji zrób badania, które odwlekasz od lat i zadzwoń do mamy, która wyczekuje na twój telefon.

A gdy w domu nie czeka na ciebie trójka dzieci, smród pieluch i ukochana połówka, nie oznacza to, że musisz zaharowywać się na śmierć i zapominać o priorytetach. Im wcześniej się zorientujesz, że życie przecieka ci przez palce tym lepiej dla ciebie. Tym czasem ogarnij swoje życie. Nie musisz czekać na wpis na jakimś popularnym blogu i super grupę na facebooku. Bądź sam dla siebie Martą i ogarniaj swoje życie przez cały rok.

Codzienność jest okrutna i smutna. Nie zatrzymasz wyścigu szczurów i każdy o tym wie, ale zwolnij. Nie musisz pędzić na samym przodzie. Możesz biec w tyle. Trochę potruchtaj nic ci się nie stanie. Świat się nie zawali. Naprawdę.

sobota, 5 marca 2016

Cytaty #2


♥ Podaruj mi miłość ♥

Jeśli nosisz w sobie magię, powinieneś chronić ją przez całe życie, bo jeśli raz pozwolisz jej zniknąć, już nigdy nie powróci - Jenny Han, Gwiazda Polarna Wskaże Ci Drogę

To nasz dom w jego domu. Nasz świat w tym świecie - David Levithan, Kryzysowy Mikołaj

Miłość to trudniejsza droga - Myra McEntire, Jezus Malusieńki Leży Wśród Wojenki 

♥ Więzień labiryntu - James Dashner ♥

Właśnie zapoczątkowałam Koniec

Najgorsze było zapomnieć ciebie

Pamiętam, że pamiętam 

Jasna cholera, jesteś tylko człowiekiem. Powinieneś się bać

♥ Czerwona królowa - Victoria Aveyard ♥

Przypominam sobie, jak bardzo zaszkodziła mi nadzieja i łagodnieje

Dla mnie jednak nie jest to bajka, ani nawet sen. To koszmar

Potężni są ci, którzy wyglądają na potężnych

Takie już moje zezowate szczęście

Strach mnie zabije

Przeszłość jest o wiele wspanialsza od przyszłości

Prawda się nie liczy. Liczy się tylko to, w co wierzą ludzie

Taka jest już nasza natura (...). Niszczymy . To cecha charakterystyczna dla rodzaju ludzkiego. Niezależnie od koloru krwi, zawsze upadamy

środa, 2 marca 2016

Nowy początek

Pierwszy wpis w marcu będzie czysto informacyjny. Po pierwsze dlatego, że na blogu szykują się zmiany, jedne większe, drugie mniejsze, ale wydaje mi się, że jest już na nie czas. Blog istnieje prawie rok, a od jakiegoś czasu kompletnie się nie rozwija, dlatego chcę grubą linią odciąć to co było kiedyś i to co nastąpi. Oprócz tego wypada jakoś wyjaśnić mój miesiąc nieobecności.



Nie było mnie przez problemy rodzinne, w ostatnim wpisie co nieco o tym wspomniałem, ale nie chcę się nad tym rozwodzić. Musiałem dojść do siebie i wszystko przemyśleć. Chociaż jeszcze całkiem się nie ułożyło chcę spróbować powrócić. Nie tylko do blogowania, ale również do życia. Wraz z nowym początkiem bloga, rozpocznie się mój nowy początek. Moje życie zmieniło się o 360°C a zmiany nadal następują...

Koniec o mnie teraz o blogasku.
Przede wszystkim zmienił się adres z bloga, TheKisho przerodziło się w KICZOWATE (początkowo chciałem "kiczowato" no ale to inna historia). Ze zmianą nazwy nosiłem się już długo. Ale zanim o tym opowiem o pierwotnej nazwie.
Jak wiadomo wymyślenie dobrej nazwy dla bloga to nie łatwa sztuka. Najlepiej aby tytuły blogaska nawiązywał do jego tematyki, do naszej osoby i aby ogólnie fajnie brzmiał. Ja zdecydowałem się na TheKisho, teraz oceniam, że ta nazwa nie jest zbyt dobra. Ale o co z nią chodzi?
The każdy zna. jest to przedimek określony, który stosuje się w odpowiednich miejscach przed odpowiednimi rzeczownikami bla bla bla. Z Kisho jest dłuższa historia. Kilka lat temu miałem poważny problem. Musiałem stworzyć dla siebie oryginalny nick. Przecież podpisywanie się pospolitym imieniem jest dla dzieci. C'mon ja już jestem w gimnazjum. Więc jako gimnazjalista zachwycony kulturą kraju kwitnącej wiśni poszukiwałem japońskiego imienia, koniecznie na literę K (od pierwszej litery mojego imienia: Krystian). Więc od tamtej pory w internecie kreowałem postać Kisho.
Szczerze nie mam pojęcia dlaczego bloga nazwałem tak, a nie inaczej. Tworząc blogaska zamierzałem skupić się na sobie i swoim charakterze (chciałem go zmienić, czyt. chciałem być mniejszym pesymistą) i tak troszeczkę odciąć się od nazwy Kisho, chociaż nadal ją wszędzie używam. Postanowiłem mieć zakątek gdzie będę ja, a nie Kisho. Do tego TheKisho kompletnie nie pasuje do tematyki bloga i pewnie wiele osób mogło mieć problem z jej zapamiętaniem. Ogólnie taka dziwna była.

A KICZOWATE? Tu również trochę wkradł się już dobrze znany Kisho. Jako, że to japońskie imię istnieje problem z jego wymówieniem. Osobiście od samego początku mówiłem 'Kiszo' choć czasem słyszałem wersje przez 'ś'. Pewnie dlatego zaczęto je przemieniać na bardziej polskie nazwy. Dlatego po przekręceniu kilku liter powstało 'kiczowate'.... można też powiedzieć, że mój blog to kicz. Co zrobisz? Nic nie zrobisz. Tak jest i koniec.

Do tego postanowiłem wprowadzić drobne poprawki kosmetyczne do szablonu. Osobiście podoba mi się, wygląd bloga i póki nie będę mógł zrobić czegoś WOW... zostawię tak jak jest.
Reszta zmian powstanie powoli, stopniowo. Wydaje mi się, że największy krok za mną i jestem z niego zadowolony. Oczywiście chce pracować nad jakością wpisów oraz nad własnym warsztatem. Myślę o najbliższych postach, zacząłem coś pisać i ciągle zastanawiam się w którą stronę pokierować moje małe dziecko. Czyli bzdety, nad którymi rozwodzi się każdy bloger. Oczywiście nie zdradzę wam wszystkich sekretów, ale mogę obiecać, że wracam na stare śmieci. Widzimy się w każdy poniedziałek i środę... mam taką nadzieję ;)

niedziela, 31 stycznia 2016

Godne Polecenia #1

BLOGI

WorqShop

MORTYCJA 

Ponglish 

LIFESTYLE

Instagram VS rzeczywistość

Project life

Dieta czy ćwiczenia

PSYCHOLOGICZNIE 

Twoje życie za 5 lat 

Przerażająca ludzka natura 

Chłopiec bez kurtki [video]

CIEKAWOSTKA 

Papieżyca Joanna

~*~

Kilka dni temu moją rodzinę spotkała tragedia. 27 stycznia o 20:20 zmarła moja mama. Została potrącona przez pędzący samochód. Zginęła na miejscu. W związku z tym działalność bloga jest zawieszona.

środa, 27 stycznia 2016

#jestemuczciwy - powiedz to!

Powiedzcie na głos, że jesteście uczciwi. Przewróćcie wiarę w to, że uczciwość i przyzwoitość, mówienie prawdy i postępowanie w godny sposób nadal są na czasie i nigdy nie wyjdą z mody. Jeżeli prowadzicie bloga, napiszcie o tym czym dla was jest uczciwość i czym przejawia się w waszym życiu.

Od zawsze byłem uczciwy. Jako dziecko, a później uczeń raczej nie kłamałem. Na początku nie robiłem tego, bo tak po prostu trzeba. Wiedziałem, że nie wolno kłamać i koniec, ale z biegiem czasu zrozumiałem, że nie opłaca się kłamać. Wiem, że nie brzmi to zbyt pozytywnie (w końcu jestem pesymistą, więc mogę), ale taka jest po prostu prawda. Nie ważne co zrobisz, prawda zawsze wyjdzie na jaw. A wtedy będzie tylko gorzej.

W ostatnim czasie bycie uczciwym stało się dla mnie rzeczą honorową, nie do przejścia. Niezależnie od konsekwencji staram się żyć zgodnie z moimi przekonaniami. Wydaje mi się, że warto. Czasem się zastanawiam co bym zrobił gdybym znalazł jakąś drogą rzecz albo dużą sumę pieniędzy. Można pomarzyć, że kupiłbym sobie coś fajnego lub miałbym jakiegoś darmowego fanta, ale znając życie oddałbym to do jakiegoś odpowiedniego urzędu(?) czy czegokolwiek. Może i bym nie zyskał, ale na pewno czułbym się dużo lepiej. Niby znalezione nie kradzione, ale próbuję kierować się własnym sumieniem. 

Warto w życiu być uczciwym bez względu na wszystko, bez względu na pokusy i łatwość szybkiego, trochę mniej uczciwego ruchu. Podobno jest coś takiego jak karma. Jako przykładny chrześcijanin nie powinienem głosić takich herezji, ale do ludzi najbardziej przemawiają rzeczy materialne. Jeżeli komuś się powie, że za dobre uczynki dostanie się nagrodę w Raju to nie wielu będzie chętnych do czynienie dobra, ale gdy sprawę przedstawi się do formie "coś za coś" to na pewno dużo więcej ludzi przystanie na taką umowę. A tak na marginesie, nie jestem zbytnio przekonany do tzw. karmy. Nie ważne ile dobrego zrobię i tak to do mnie nie wraca. Chyba, że ta dobroć się zbiera i powróci w formie super-ultra-fajnejrzeczy. Pożyjemy zobaczymy. 

Może się wydawać, że przejawy uczciwości są zbyt proste, zbyt trywialne, że aż szkoda zwracać na to uwagę. Przecież jak zrobię coś nie tak. Nie tak jak się powinno. Nic się nie stanie. No niby tak, ale świat powinno zmieniać się od siebie. Jeżeli sprzedawca wyda ci złą resztę powiedz to. Jeśli ktoś coś zgubi oddaj mu to. Gdy masz szansę komuś pomóc, zrób to. Nie będzie cię to wiele kosztować, a będziesz się lepiej czuć. A do tego komuś będzie łatwiej. Czy warto? Nie wiem. Ja wierzę, że tak. 

Sprawmy, aby było o tym głośno!

niedziela, 24 stycznia 2016

[Poniedziałkowa Recenzja] Więzień labiryntu - James Dashner

Spróbuj wyobrazić sobie taką sytuacje: Budzisz się w ciemnym, zimnym, małym pomieszczeniu. Nie możesz utrzymać się na własnych nogach, a mimo to z całych sił próbujesz się wydostać. Do tego NIC nie pamiętasz. Twój umysł jest kompletnie pusty. Jedyne co możesz sobie przypomnieć to twoje imię, ale czy na pewno ono jest prawdziwe? Tego również nie wiesz. W końcu otwierają się drzwi dzięki którym możesz uciec i zapomnieć o tym koszmarze. No nie do końca. Okazuje się, że trafiłeś z deszczu pod rynnę. Tą rynną jest Strefa. Dokładnie sam środek ogromnego Labiryntu, z którego nie ma wyjścia. A jeżeli jest nikt nie może go znaleźć. W takiej sytuacji znalazł się Thomas. Raczej nie chcesz być Thomasem. Ja też nie.

Szczerze się przyznam, że książka mnie nie zachwyciła. Chociaż zapowiadała się świetnie i naprawdę miała duży potencjał, Dashner nie spisał się. Przepraszam wszystkich fanów tej trylogii, ale teraz trochę sklumpię "Więźnia labiryntu".. zacznę jednak od pozytywów.

Na pewno zachwyciło mnie to, że autor zbudował od postaw całą społeczność. To jest bardzo fajne i bardzo ludzkie. Świetnie tu widać mechanizm człowieka. Niezależnie gdzie się znajdzie zacznie budować społeczność, gdzie wszystko jest hierarchicznie uporządkowane, każdy ma swoje miejsce i zadanie. Na małym skrawku terenu wybuduje wszystkie potrzebne do przetrwania przedmioty i ciężko pracuje dla dobra ogółu. Genialnym pomysłem było wprowadzenie do powieście neologizmów. Oczywiste jest to, że jeżeli grupka ludzi znajdzie się w zamkniętej przestrzeni znacznie ona tworzyć własny język. Właśnie te nowo utworzone słowa stworzyły klimat odrealnienia, który podbił moje serce. Wszystkie klumpy, twarzostany i purwy na pewno zagoszczą w moim słowniku. Bardzo mnie zaciekawił ogólny zamysł. Wydaje mi się, że gdyby autor dobrze wszystko przemyślał powieść stała się by jeszcze bardziej uwielbiana niż kultowe "Igrzyska śmierci". No ale coś nie pykło.

Najbardziej denerwowało mnie niezdecydowanie Dashnera. Wydaje mi się, że on sam tak naprawdę nie widział co chce stworzyć. Wymyślił dobry zamysł i na tym się skończyło. Nic nie jest dokładnie sprecyzowane. Wszystko zostało spłycone. Na początku akcja ciągnie się jak świeże ciasto na pierogi. Później coś zaczyna się dziać. Wprowadzone są nowe wątki i nowe postacie, ale gdy autor chce podkręcić akcję spod jego niewyćwiczonego pióra wychodzi jedynie wielki chaos. Do tego w ogóle nie rozwiną kwestii Labiryntu. Wydaje mi się, że można by było napisać jeden tom, w którym zwiadowcy stamtąd by nie wychodzili. Pomijając kwestię, że tak naprawdę nikt nie wie jak wyglądają Buldożercy, chyba nawet sam autor tego nie przemyślał, Labirynt po postu jest całkowicie pusty. Miałem nadzieję, że Tom spotka tam przeróżne pułapki z rodu Indiany Jonesa oraz pokemopodobne stwory. Jednak oprócz tego dostaliśmy bluszcz, przesuwające się ściany i bezkształtne stworzenia wielkości krowy.

Bardzo irytowało mnie to, że akcja zbytnio się nie ruszała, ale gdy autor chciał dołożyć nowe fakty robił to ciurkiem. Nie rozłożył nowych informacji na partie. Po to, aby czytelnik sam wszystko naturalnie odkrył i połączył niektóre elementy ze sobą. Nie. Pisarz po prostu wszystko co mu wpadło do głowy zapisał. A gdy zapełnił kartkę znów zwolnił tępo.

Do tego wszystko jest do bólu przewidywalne. Podobno dzieciaki, które się tam znajdują posiadają niezwykły poziom inteligencji dzięki, któremu ma przetrwać cała cywilizacja. Jeżeli tak to nie wróżę świetlanej przyszłości. Chociaż stworzyli oni zalążek dobrze funkcjonującej społeczności wszystko inne zbytnio im nie wyszło. Przez 300 stron próbowali rozszyfrować skrót DRESZCZ chociaż co kilka metrów mieli jak na tacy podane rozwiązanie, a przez ponad 2 lata nie wpadli na to, żeby spróbować walczyć z nękającymi ich Buldożercami. Woleli uciec niż ich chociaż dotknąć. Ekh.. warto również wspomnieć, że mieli calutki arsenał broni, no ale komu to potrzebne.

Chociaż powieść ta nie należy do moich ulubionych postaram się w bliższej lub dalszej przyszłości sięgnąć po następne tomy. Może one bardziej przypadną mi do gustu. 

~*~

Tytuł: Więzień labiryntu
Data wydania: 12 września 2014
ISBN: 9788361386520
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 422
Moja ocena: 6/10
Ocena serwisu LB: 7,79/10

środa, 20 stycznia 2016

Wygląd nie ma znaczenia! - BZDURA

W erze kultu ciała i jasno określonego kanonu piękna można nabawić się niemałych kompleksów. WSZĘDZIE widzimy idealne (przynajmniej jeżeli o wygląd) osoby. Okładki gazet, reklamy, programy telewizyjne, seriale, filmy, Internet. Można wymieniać bez końca. Nieważne, czy to sprawa retuszu, operacji plastycznych, czy po prostu matka natura obdarzyła ich pięknym wyglądem. Przez to możemy poczuć się gorzej. Ale czasem można usłyszeć głosy sprzeciwu, mówiące o tym, że wygląda KOMPLETNIE nie ma znaczenia. Liczy się to co jest w środku, a to co na zewnątrz jest marnym opakowaniem. Koniec kropka. Ale.. czy faktycznie tak jest?



Moim zdaniem wygląd ma duże znaczenie. Co najmniej takie samo jak nasz charakter. Jest to nasza wizytówka. Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce, ale każdy dobrze wie, że na co dzień to przysłowie się nie sprawdza. Widząc pana na ławce pod sklepem z puszką piwa i w podartych ubraniach nie weźmiemy go za amerykańskiego bogacza. Nasz wygląd nas reprezentuje. Dzięki niemu musimy wywrzeć na kimś pierwsze dobre wrażenie. A to jest najważniejsze.

Nie ma ludzi brzydkich. I nie mówię tego, aby się pocieszyć i podtrzymać na duchu. Piękno każdego człowieka jest inne, wyjątkowe. Nie zawsze potrafimy docenić naszą urodę, czasem nie umiemy jej wydobyć. Nigdy nie będziemy wyglądać jak koleżanka, czy kolega. Tym bardziej tak jak nasza ulubiona aktorka, czy inny celebryta. Nie możemy się przez to załamywać. Najważniejsze, abyśmy znali własną wartość. Nie musimy być od razu bardzo pewni siebie. Chociaż nigdy nie będziesz wyglądać jak znajome gwiazdy telewizyjne, ALE możesz wyglądać lepiej. Możesz wyglądać jak TY.
Chociaż brzmi to dziwnie, ale powinniśmy cieszyć się z własnej urody. Nie upodabiajmy się kogoś innego, bądźmy sobą. Nie tylko jeżeli o kwestie charakteru, ale także w kwestii wyglądu. Bądźmy dla siebie idealni. Czujmy się ze sobą dobrze. Akceptujmy się.

Warto wspomnieć, że człowiek jest istotą próżną. Chcemy wyglądać jak najlepiej i nie ma w tym nic złego. Nawet osoba skromna, nieprzywiązująca uwagi zbytnio uwagi do wyglądu chce wyglądać po prostu schludnie, a ktoś kto należy do określonej popkultury chce wpisać się do określonej idei dobrego wyglądu. Każdy chce podpożądkować się określonemu kanonowi piękna. Tyle.

środa, 13 stycznia 2016

Must Read In 2016

Jako, że jestem molem książkowym, ale nigdy nie wiem jaką książkę kupić, postanowiłem zrobić listę 16 powieści, które muszę przeczytać w nowym roku. Na pewno ułatwi mi to zakup książek, bo zawszy, gdy wchodzę do jakiejś księgarni zachwycam się ilością lektur i nie mogę się na żadną zdecydować. Ostatecznie wracam z pustymi rękoma do domu. Później tracę kasę w internetowych księgarniach, w których się bardziej opłaca kupować, więc czuję się rozgrzeszony.


Czerwone jak krew Salla Simukka
„Była sobie dziewczynka, która nauczyła się bać…”
Tyle dowiadujemy się z opisu książki i tak naprawdę to mnie do niej przyciągnęło, bo nie wiem o niej zupełnie NIC. A jak na mnie jest to nieco dziwne, bo praktycznie zawsze szukam opinii, recenzji etc. na temat książki zanim ją kupię. Nie lubię ryzykować, ale w tym wypadku, wydaje mi się, że warto. Zaufam intuicji.





450 stron Patrycja Gryciuk
Chociaż opis mnie nie zachwycił, szczerze średnio mi się spodobał, ale podobno powieść ta napisana jest napisana przepięknym językiem. Zapoznałem się z niektórymi fragmentami i jestem zauroczony. Do tego sprawdzę umiejętności pisarskie naszych rodaków. Może nie jest tak źle jak wszyscy mówią.





Papierowe miasta John Green 
Szczerze? To po prostu Green.
Kompletnie nie ogarniam opisu tej książki, ale nie oszukujmy się. Jeżeli jest Green, jest dobrze. Nie zachwyciłem się tak bardzo GNW, ale "Szukając Alaski" to po prostu mistrzostwo.







Dary Anioła: Miasto popiołów Cassandra Clare
Zazwyczaj unikam serii, nie wiem, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie, po prostu tak robię. Ale "Miasto kości" rozwaliło system. Chociaż tak troszeczkę podałem sobie dawkę spoilerów, nadal chcę i muszę kontynuować tę serię. Rok bez "Darów Anioła" to rok stracony.






Służące Kathryn Stockett
Muszę, muszę, muszę. Chociaż już kilka razy przesłuchałem wersję audio, MUSZĘ przeczytać wersję papierową. To tak piękna i niesamowita książką, że żadne słowa jej nie opiszą.
Temat segregacji rasowej może niektórych czytelników odpychać, szczególnie fanów "lekkich" powieści, ale ta książka przedstawia tę problematykę w taki sposób, że grzechem byłoby nie przeczytać książki, ewentualnie obejrzeć świetnej ekranizacji.




Mara Dyer. Tajemnica Michelle Hodkin
Wystarczającym argumentem, aby kupić tę książkę jest sama okładka, ale żebym nie wyszedł na taką próżną srokę..
Przede wszystkim słyszałem bardzo dużo dobrych recenzji na temat tej lektury, sam opis mnie bardzo zaciekawił, no i te przeklęte okładki *=* No dobra może jestem trochę sroką.. troszeczkę.





Delirium Lauren Oliver
Prawie każdy (czyli każdy oprócz mnie i innych oszołomów takich jak ja) marzy o cudownej miłości. Tak się przyjęło. Miłość dla człowieka, jest tak ważna, że aż przyznano jej własną epoko. A coś w tym musi być. Pieniądze też są ważne i nie dostały własnego okresu historycznego. Jeszcze.
Ale coś się zmienia. Miłość staje się chorobą, na którą nikt pod żadnym względem nie chce zapaść.
Właśnie to nowe oblicze miłości (zupełnie inne niż w "50 twarzach Greya) mnie zaciekawiło i zaintrygowało.



Między książkami Gabrielle Zevin
Urokliwa opowieść o właścicielu przytulnej, ale kiepsko prosperującej księgarenki, który próbuje poskładać życie na nowo po śmierci żony.

Książki, księgarnia? Zawsze i wszędzie.

Czerwona królowa Victoria Aveyard
Książka ta zalega mi tak długo na półce, że aż wstyd się przyznać. Teoretycznie zacząłem ją czytać, ale sobie szybko odpuściłem. Spodobała mi się, ale zabrakło jej tego czegoś. Może później się coś zmieni






Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym Regina Brett
Cudowna, wspaniała, fantastyczna Regina Brett. Jej pierwsza książka "Bóg nigdy nie mruga" w pewnym stopniu zmieniła moje życie, światopogląd i postrzeganie pewnych aspektów ludzkiego życia. Oprócz tego jest to jedna z niewielu osób na tej planecie, która postrzega pewne rzeczy tak samo jak ja. Zakochałem się. Zarówno w jej twórczości jak i w samej autorce.



Miecz Lata Rick Riordan 
Przeczytałem całą serię PJ i bogowie olimpijscy i się zakochałem (znowu). Dłuższy czas chciałem kontynuować przygodę z tym autorem, ale jego pierwsza seria o egipskich bóstwach (czy coś takiego) mnie nie zachęciła, aż tu nagle przybył taki Magnus wraz z nordyckimi bogami. Niestety w 2015 nie przeczytałem tej powieści, mam nadzieję, że w tym roku nadrobię zaległości.

Angelfall Susan Ee
"Aniele, stróżu mój... szeptaliśmy przez setki lat. Myliliśmy się. Teraz to właśnie ONE okazały się naszym największym koszmarem."
Nic dodać, nic ująć. Myślę, że każdego ten opis chociaż trochę zaciekawił.





Sekretne życie pszczół Sue Monk Kidd
Ostatnio zauważyłem, że coraz chętniej sięgam po nieco poważniejsze powieści. Nigdy od nich nie stroniłem, może to przez to, że książki te są po prostu dobre, a może... się starzeje? Oby nie.

Książka o Marilyn Monroe
To taka bardzo ogólna pozycja. Nie wiem do końca, czy przeczytam autobiografię, biografię, powieść inspirowaną jej życie. Wiem, że coś przeczytam. W 2015 rozpocząłem kult sławnej MM, a w 2016 nie zamierzam przerwać.

Książka po angielsku
Tu też nie mam ściśle określonej pozycji. Postanowiłem, ze przeczytam książkę po angielsku i to zrobię. Na początek zdecyduję się na jakąś powieść z dwoma językami. Zarówno angielskim jak i polskim. Po to żeby nie grzebać zbyt długo w słowniku XD
Wybiorę coś z oferty 44.pl mają kilka fajnych pozycji. Szczególnie jeżeli chodzi o klasyki. Mnie się to bardzo podoba. Niektórych książek w języku polskim bym po prostu nie przeczytał, a po angielsku jak najbardziej.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

[Poniedziałkowa Recenzja] Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań

Wiem, wiem, jest nowy rok, a święta 2015 to już tak odległa przeszłość, że nie wielu jeszcze o nich pamięta. Ciężarówka Coca Coli odjechała w nieznane, wszystkie potrawy zjedzone, a ozdoby świąteczne wiszą jeszcze dlatego, bo nikomu ich się nie chce zdjąć. Tylko ten nieszczęsny śnieg przypomina o tym, że jest zima. Mimo wszelkich przeszkód chcę napisać o zbiorze 12 świątecznych opowiadać.

Na początku warto wspomnieć, że książka ta składa się z pracy, aż 12 mniej lub bardziej znanych, ale bez wątpienia zdolnych pisarzy. Przede wszystkim jest to Rainbow Rowell, Gayle Forman i David Levithan. Raczej to oni zdobyli największą popularność, ale oprócz nich znaleźć można tam dzieła: Holly Black, Ally Carter, Matt'a de la Pena, Jenny Han, Kelly Link, Myry McEnire, Lani Taylor, Kiersten White i Stephanie Perkins, której należą się brawa i pokłony za zebranie wszystkich historii.

Osobiście uważam, że ten zbiór jest idealny nie tylko na okres świąteczny. Chociaż tytuł wskazuje inaczej świąteczny klimat jest tylko nieznacznym dodatkiem, często niewidocznym tłem. Po za tym warto sięgnąć po te historie, po to aby sprawdzić umiejętności i styl autorów. Po przeczytani kilku historii wiem, że koniecznie muszę sięgnąć po powieści niektórych autorów i przeciwnie.

Szczerze mówiąc ta elitarna trójka, o której wcześniej wspomniałem, moim zdaniem, nie wypełniła zadania, tak dobrze jak to mogło się wydawać. Chociaż te opowiadania nie są złe, bywały gorsze w tym zbiorze, spodziewałem się czegoś innego.
Wydaje mi się, że najlepiej poradziła sobie Rainbow Rowell, jej opowiadanie "Północ" z czystym sumieniem mogę zaliczyć do tych lepszych historii. Chociaż poszła po najmniejszej linii oporu - opisała tylko wątek miłosny, inni autorzy pokusili się, aby nieco urozmaicić swoją historię, zrobiła to po mistrzowsku. David Levithan, jak to on wymyślił nieco abstrakcyjną historię wplatając w to pewien młodzieżowy "problem", a Gayle Forman wymyśliła historyjkę o wszystkim i o niczym napisaną w nieco pokręcony sposób.

Ciężko mi wskazać 3 najlepsze opowiadania. Bez wątpienia pierwsze miejsce powinien zająć "Cud Charliego Browna" Stephanie Perkins. Bezwzględnie zakochałem się. Szczerze nie wiem, czy ta książka powinna być zabawna, ale mnie rozśmieszyła do łez. Może to wina mojego, dziwnego poczucia humoru, ale tak było.
Doceniam tekst Ally Carter "Witamy w Christmas w Kalifornii" chociaż tytuł nie do końca mi się podoba, jest to piękna historia o rodzinnych relacjach, problemach, poniekąd o poświęceniu i miłości. Zarówno o cudownej, wymarzonej jak i tej toksycznej.
Tu nadchodzi trudny moment, w którym nie mogę się zdecydować jakie opowiadanie wybrać. Równie dobrze wstawić mógłbym tu właśnie opowiadanie pisarskiej trójcy. Wydaje mi się, że zasługują one właśnie na trzecie miejsce, ale zamiast tego warto wspomnieć również o opowiadaniu "Dama i lis"Kelly Link. Chociaż ta historia odstaje od pozostałych. Pisarka trochę za bardzo przekombinowała, dużą część historii bym wyciął, bo jest po prostu zbędna, ale pozostałość naprawdę jest dobra, nawet bardzo dobra. Autorka stworzyła atmosferę niesamowitości, trochę baśni, a raczej bajki. To jest typ opowiadania, które ma drugie dno i głębsze znaczenie. Bardzo działa na wyobraźnie i troszeczkę wzrusza. Może nie do łez, ale potrafi ogrzać nawet najbardziej oblodzone serduszko.

Nie chcę się rozpisywać na temat nieudanych historii, wydaje mi się, że te dobre opowiadania dają na tyle radę, żeby przymrużyć oko na te troszeczkę gorsze, ale jeżeli ktoś czytał może napisać coś o: "Gwiazda Polarna wskaże ci drogę", Krampuslauf"  oraz "Dziewczyna, która obudziła Śniącego". Te opowieści, delikatnie mówiąc, nie przypadły mi do gustu.

~*~

Tytuł: Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań
Data wydania: 2 listopada 2015
ISBN: 9788375153811
Liczba stron: 432
Moja ocena: 8/10
Ocena serwisu LB: 7,34/10

środa, 6 stycznia 2016

NIC mi się nie chce...

Raz na jakiś czas przychodzi taki dzień (czasem ten dzień zostaje na dłużej, ale cii), że po prostu nic ci się nie chce. Kompletnie. Nawet leżenie staje się męczące. Nie wiesz nawet dlaczego tak jest, czy to przez pogodę, czy jesteś zmęczony, czy tak po prostu. Przyznam bez bicia, że takie dni do mnie przychodzą dosyć często, a co wtedy robię?



Czasem, gdy nie mam nic szczególnego do zrobienia... nie robię nic. Czyli sobie leżę, zwiedzam zakamarki internetu lub oglądam durnowate seriale w telewizji. Można i tak, ale co gdy mam jakieś plany i zobowiązania?
Wtedy próbuję zrobić coś, żeby ten paskudny leń przeszedł. Na mnie działa pewien sposób: kładę się na moje łóżeczko, zbieram siły, zbieram, zbieram, energicznie wstaje i robię to co mam zrobić.
Nie mam pojęcia na jakiej zasadzie to działa, ale ważne, że działa.

Zawsze w ciągu dnia mam czas na nic nierobienie. Siadam wtedy na fotelu, oczywiście z kocykiem, laptopem lub telefonem i czekam na mój ulubiony, telewizyjny serial, no i później go oglądam. Zazwyczaj podczas tej przerwy zbieram siły i później nie mam większego problemu, żeby cokolwiek zrobić.

Jeżeli nic nie działa lub nawet nie chce mi się robić, żeby coś zadziałało. Ewentualnie, gdy tak długo leżę i nadal mi się nie chce próbuję robić cokolwiek. Mam pewną listę rzeczy do zrobienia i próbuję wypełniać powoli zadania. Z dłuższymi lub krótszymi przerwami, ale coś robię. Zawsze będzie mniej na jutro, a ja osiągnę to cudowne uczucie spełnienia.